Ona urody majestatem
Młodzieńców nie przynęca śmiałych
I nie prowadza swoim śladem
Tłumu wzdychaczy oniemiałych.
W jej kształtach nie ma nic z bogini,
Jej pierś nie wznosi się jak fala,
Nikt jej świętością swą nie czyni
I nie upada na twarz z dala.
Ale we wszystkich jej spojrzeniach,
W uśmiechu, w rysach, w każdym geście
Tyle jest życia i natchnienia
I tyle wdzięku w nich się mieści.
Ale jej głos gdzieś w duszy dźwięczy
Jak echo pięknych dni przeszłości
I serce kocha się, i męczy,
Wstydząc się prawie swej miłości.


Choć związek nasz nieodgadniony
Piętnuje tłum z pogardą w oku
I chociaz ludzkie zabobony
Zburzyła ci rodzinny spokój,
Przed bożyszczami świata tego
Żadne z nas nie chce zginać grzbietu;
Nie ma tu dla nas nic godnego
Ani uwielbień, ani wstrętu.
Jak ty, wirując w uciech gwarze,
Dzielę sie z głupcem, dzielę się z mędrcem
I nie wyróżniam żadnej twarzy,
I żyje tylko własnym sercem.
Ziemskiego szczęścia nie cenimy,
Aleśmy ludzi cenić radzi,
Gdy sami siebie nie zdradzimy,
To nikt i nas nie może zdradzić.
Poznalismy sie w tłumie gości,
A gdy rozłąki czas nastanie,
Bez smutku będzie pożegnanie,
Jak miłość była bez radości.