Samotny żagiel na przestworzu
Bieleje wśród błękitu fal.
Co wypatruje on na morzu ?
Czemu od stron swych pędzi w dal ?
Wiatr świszcze, w górę pną się fale
I skrzypią reje, maszt się gnie,
A on nie szuka szczęścia wcale
I nie od szczęścia w oddal mknie.
Pod nim świetlista wody grzywa,
Nad nim złocisty promień zórz
A on, zuchwały, burzy wzywa,
Jak gdyby spokój był wśród burz....
Choć związek nasz nieodgadniony
Piętnuje tłum z pogardą w oku
I chociaz ludzkie zabobony
Zburzyła ci rodzinny spokój,
Przed bożyszczami świata tego
Żadne z nas nie chce zginać grzbietu;
Nie ma tu dla nas nic godnego
Ani uwielbień, ani wstrętu.
Jak ty, wirując w uciech gwarze,
Dzielę sie z głupcem, dzielę się z mędrcem
I nie wyróżniam żadnej twarzy,
I żyje tylko własnym sercem.
Ziemskiego szczęścia nie cenimy,
Aleśmy ludzi cenić radzi,
Gdy sami siebie nie zdradzimy,
To nikt i nas nie może zdradzić.
Poznalismy sie w tłumie gości,
A gdy rozłąki czas nastanie,
Bez smutku będzie pożegnanie,
Jak miłość była bez radości.
Patrzę przez okno. Zmierzch zwolna zapada.
Już pożegnalny blask na kolumnadach,
Kominach, krzyżach, kopułach złoconych
Świeci, odbłyska w oczach zachwyconych
I rąbek chmury po zachodniej stronie
Jak fantastyczny wąż na niebie płonie,
I wiatr, przez sady przebiegając żwawy,
Lekko kołysze żdźbła zmoczonej trawy...
Oto dojrzałem kwiat w głębi ogrodu,
Jak uronioną perłę z krain Wschodu.
Na wiotkich listkach woda drży, migoce...
Kwiat główkę schylił i stoi w pomroce
Jak zapłakane dziewczę rozżalone:
Serce zranione, szczęście utracone.
Ale choć świecą łzy w jasnych oczętach,
O swej urodzie i teraz pamięta.