U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Już w dzieciństwie tęsknotę miłości upojną
Zaczynałem poznawać duszą niespokojną:
Na miękkiej snu pościeli w nieprzespane noce,
Gdy pod ikoną słabe światełko migoce,
Wyobraźnią, niejasnym przeczuciem trapiony,
Mój umysł powierzałem wizjom niezwalczonym.
Widziałem twarz kobiecą - jak lód mroźne tchnienie,
I oczy - dotąd w sercu żyje ich spojrzenie;
Od przestępstw, jak sumienie, chroni moją duszę,
Ostatni ślad chłopięcych przewidzeń i wzruszeń.
Pokochałem dziewczynę od życia goręcej,
Tak kochać już nie umiem i nie będę więcej.
A gdy się rozpływało widmo drogocenne,
W samotności rzucałem spojrzenia płomienne
Na żółte ściany, z których - zdawało się - cienie
Do moich stóp schodziły wolno nieskończenie.
I wspomnienia jak cienie przepływały ciemne -
Choc to sny tylko były, a jednak przyjemne.
Śnieg wali, ziemię w puch odziewa...
Czemu sie boi czarnobrewa
Z ganeczka zejść
I wody znieść?
Jak popa pogrzebowa pieśń
Łka zamieć zasypując wieś,
Narzeka,
A pod wrotami kundel zły
Gryzie swój łańcuch, szczerzy kły
I szczeka...
Lecz nie zawiei płacz pogrzebny
Ni wycia psiego głos wróżebny,
Ni wichru jęk
Budza w niej lęk.
Jej miły w grób niedawno zszedł
I nad śnieg bielszy tu sie wnet
Ukaże.
Zdradziłaś! - powie - czekaj, stój!
I przeznaczony pierścień swój
Pokaże.