U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Śnieg wali, ziemię w puch odziewa...
Czemu sie boi czarnobrewa
Z ganeczka zejść
I wody znieść?
Jak popa pogrzebowa pieśń
Łka zamieć zasypując wieś,
Narzeka,
A pod wrotami kundel zły
Gryzie swój łańcuch, szczerzy kły
I szczeka...
Lecz nie zawiei płacz pogrzebny
Ni wycia psiego głos wróżebny,
Ni wichru jęk
Budza w niej lęk.
Jej miły w grób niedawno zszedł
I nad śnieg bielszy tu sie wnet
Ukaże.
Zdradziłaś! - powie - czekaj, stój!
I przeznaczony pierścień swój
Pokaże.
Gdy twój przyjaciel miast imienia,
Którego sławie tłum zazdrości,
Same zostawi mu wspomnienia
O błędach swoich namiętności
I cichym snem się w ziemi zdrzemie
To serce, w którym krew kipiała,
Gdzie tak szalenie, tak daremnie
Miłość z wrogością się zmagała,
Kiedy przez ogół potępiona,
Pochylisz głowę swą milcząco
I tłum orzeknie, żeś zhańbiona
Miłością, grzechu nie znającą -
Tego, co zasnuł żądz swych cieniem
Młodości twojej dni niewinne,
Błagam: nie wskrzeszaj złym wspomnieniem,
Nie złorzecz w ową mu godzinę.
Lecz oświadcz przed świętoszków ławą,
Że sędzia inny jes nad nami,
I wybaczania święte prawo
Kupiłaś męką swą i łzami.