U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Z południa skwar w dolinie Dagestanu
Leżałem z kulą w sercu, zesztywniały.
Z dymiącej jeszcze, niezapiekłej rany
Krwi mojej krople ciurkiem upływały.
Leżałem sam na piasku, śród doliny,
Gromady skał piętrzyły się pod niebo,
Prażyło słońce żółte ich wyżyny
I mnie prażyło, martwym snem śpiącego.
I śniło mi się, że w rodzinnejstronie
Wieczorną porą kielich krąży wkoło,
A dziewy, kwieciem uwieńczywszy skronie,
Mówią tam o mnie śmiejąc sie wesoło.
I tylko jedna siedzi zamyślona,
Nie mówi nic i nic nie odpowiada,
I Bóg wie czemu śród szumnego grona
W sen smutny młoda dusza jej zapada.
I śni sie jej dolina Dagestanu,
Znajomu trup w dolinie tej spoczywa
I krew dymiąca ze szczerniałej rany,
Powoli stygnąc, ciurkiem w piasek spływa.
Spod tajemniczej i chłodnej półmaski
Dźwięczał mi głos twój, ciesząc jak sen złoty,
Świeciły ocząt czarujące blaski
I usta drgały w uśmiechu pustoty.
Przez lekki woal twe lico dziewicze
I biel twej szyi dostrzegłem niechcący,
I co za szczęście! niesforny kosmyczek,
Co sie od fali kędziorów odłączył.
Wtedy w fantazji mej te znaki wszystkie
Stworzyły obraz kobiecej piekności:
I od tej chwili z nieziemskim zjawiskiem
Noszę sie w duszy, pieszczę je w miłości.
Wciąż mi się zdaje, że każde twe słowo
Słyszałem dawnej, gdzieś w latach minionych,
I ktoś mi szepcze, że ujrzym sie znowu
Jak dwoje starych serdecznych znajomych.