U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Spod tajemniczej i chłodnej półmaski
Dźwięczał mi głos twój, ciesząc jak sen złoty,
Świeciły ocząt czarujące blaski
I usta drgały w uśmiechu pustoty.
Przez lekki woal twe lico dziewicze
I biel twej szyi dostrzegłem niechcący,
I co za szczęście! niesforny kosmyczek,
Co sie od fali kędziorów odłączył.
Wtedy w fantazji mej te znaki wszystkie
Stworzyły obraz kobiecej piekności:
I od tej chwili z nieziemskim zjawiskiem
Noszę sie w duszy, pieszczę je w miłości.
Wciąż mi się zdaje, że każde twe słowo
Słyszałem dawnej, gdzieś w latach minionych,
I ktoś mi szepcze, że ujrzym sie znowu
Jak dwoje starych serdecznych znajomych.
Śnieg wali, ziemię w puch odziewa...
Czemu sie boi czarnobrewa
Z ganeczka zejść
I wody znieść?
Jak popa pogrzebowa pieśń
Łka zamieć zasypując wieś,
Narzeka,
A pod wrotami kundel zły
Gryzie swój łańcuch, szczerzy kły
I szczeka...
Lecz nie zawiei płacz pogrzebny
Ni wycia psiego głos wróżebny,
Ni wichru jęk
Budza w niej lęk.
Jej miły w grób niedawno zszedł
I nad śnieg bielszy tu sie wnet
Ukaże.
Zdradziłaś! - powie - czekaj, stój!
I przeznaczony pierścień swój
Pokaże.