U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Ileż z krótkiego mam spotkania
Pociechy dla mej duszy biednej?
Nieunikniony czas rozstania
Nadszedł, juz powiedziałem: Żegnaj!
I pożegnalny wiersz, ślad drobny,
W albumie kreśle nieprzytomnie,
Ślad to jedyny i żałobny,
Jaki zostanie tutaj po mnie.
Jak wędrowcowi w oko wpada
Samotna pośród pól mogiła,
Podobnie ta stronica blada
Niechby twój miły wzrok znęciła.
Jeśli po latach ci się zdarzy
Przeczytać, co poeta marzył,
I wspomnisz, jak on cię miłował,
Pomyśl - on sam już na cmentarzu,
A tutaj serce swe pochował