U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Patrzę przez okno. Zmierzch zwolna zapada.
Już pożegnalny blask na kolumnadach,
Kominach, krzyżach, kopułach złoconych
Świeci, odbłyska w oczach zachwyconych
I rąbek chmury po zachodniej stronie
Jak fantastyczny wąż na niebie płonie,
I wiatr, przez sady przebiegając żwawy,
Lekko kołysze żdźbła zmoczonej trawy...
Oto dojrzałem kwiat w głębi ogrodu,
Jak uronioną perłę z krain Wschodu.
Na wiotkich listkach woda drży, migoce...
Kwiat główkę schylił i stoi w pomroce
Jak zapłakane dziewczę rozżalone:
Serce zranione, szczęście utracone.
Ale choć świecą łzy w jasnych oczętach,
O swej urodzie i teraz pamięta.
Spod tajemniczej i chłodnej półmaski
Dźwięczał mi głos twój, ciesząc jak sen złoty,
Świeciły ocząt czarujące blaski
I usta drgały w uśmiechu pustoty.
Przez lekki woal twe lico dziewicze
I biel twej szyi dostrzegłem niechcący,
I co za szczęście! niesforny kosmyczek,
Co sie od fali kędziorów odłączył.
Wtedy w fantazji mej te znaki wszystkie
Stworzyły obraz kobiecej piekności:
I od tej chwili z nieziemskim zjawiskiem
Noszę sie w duszy, pieszczę je w miłości.
Wciąż mi się zdaje, że każde twe słowo
Słyszałem dawnej, gdzieś w latach minionych,
I ktoś mi szepcze, że ujrzym sie znowu
Jak dwoje starych serdecznych znajomych.