U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Patrzę przez okno. Zmierzch zwolna zapada.
Już pożegnalny blask na kolumnadach,
Kominach, krzyżach, kopułach złoconych
Świeci, odbłyska w oczach zachwyconych
I rąbek chmury po zachodniej stronie
Jak fantastyczny wąż na niebie płonie,
I wiatr, przez sady przebiegając żwawy,
Lekko kołysze żdźbła zmoczonej trawy...
Oto dojrzałem kwiat w głębi ogrodu,
Jak uronioną perłę z krain Wschodu.
Na wiotkich listkach woda drży, migoce...
Kwiat główkę schylił i stoi w pomroce
Jak zapłakane dziewczę rozżalone:
Serce zranione, szczęście utracone.
Ale choć świecą łzy w jasnych oczętach,
O swej urodzie i teraz pamięta.
Choć związek nasz nieodgadniony
Piętnuje tłum z pogardą w oku
I chociaz ludzkie zabobony
Zburzyła ci rodzinny spokój,
Przed bożyszczami świata tego
Żadne z nas nie chce zginać grzbietu;
Nie ma tu dla nas nic godnego
Ani uwielbień, ani wstrętu.
Jak ty, wirując w uciech gwarze,
Dzielę sie z głupcem, dzielę się z mędrcem
I nie wyróżniam żadnej twarzy,
I żyje tylko własnym sercem.
Ziemskiego szczęścia nie cenimy,
Aleśmy ludzi cenić radzi,
Gdy sami siebie nie zdradzimy,
To nikt i nas nie może zdradzić.
Poznalismy sie w tłumie gości,
A gdy rozłąki czas nastanie,
Bez smutku będzie pożegnanie,
Jak miłość była bez radości.