U wrót klasztoru świętobliwych
Stał błagający o jałmużnę
Żebrak, wyschnięty, ledwo żywy
Od głodu i nadziei próżnej.
Wzrok jego zdradzał żywą mękę,
A jego wyciągnięte ramię
O chleb prosiło. Lecz ktoś w rękę
Włożył mu zamiast chleba kamień.
Tak o uczucia twe łaskawsze
Błagałem w gorzkich łzach tęsknoty,
Tak oszukałaś, już na zawsze,
Najlepszą część mojej istoty!
Zaśpiewa - i topnieją dźwięki,
Niby na wargach całowania,
Gdy tylko spojrzy - nieba błękit
W jej boskich oczach się odsłania;
Gdy idzie - każdy ruch od razu,
Gdy mówi - każdy rys jej lica
Pełen uczucia jest wyrazu,
Dziwną prostotą swą zachwyca.
Szybko przebiegłszy w mej pamięci
Czas, który bystro w dal ucieka -
Płakać przeszłość nie ma chęci:
Nie była ona dla mnie lekka.
Jak teraźniejszość, tak i ona
Namiętnościami gwałtownymi,
Zamiecią zła jest zaniesiona,
Jak śniegiem krzyż w stepie olbrzymim.
Na próżno dusza ma tęskniąca
Na miłość odpowiedzi czeka,
Jeśli miłosną strunę trąca -
Ułudę w mary przyobleka.
Jako meteor blaski swemi
Mroki wieczoru rozpraszała,
Będąc mi wszystkim na tej ziemi,
Jak wszystko ziemskie - oszukała.